O mnie
Tlumaczenia
ABC
Podróżnika
Dookoła
świata
Mój
Hostel
Wolontariat
Relacje
z podróży
Ameryka Śr.
2009/2010
Polka
w Meksyku
Galeria
Kontakt
Kategoria: 2008-04
Autor: Monika
Powrót do Europy
Z powrotem w Londynie. Z powrotem w domu. W pewnym sensie. Tutaj zatrzymam się u przyjaciół, a w Polsce w domu moich rodziców, bo swojego mieszkania nie mam, a że pieniądze wydałam na podróż, to szybko tego mieszkania nie zobaczę. W Londynie wszyscy są zabiegani. Jak zwykle. Więc nie pytajcie mnie, dlaczego nie chcę tu zostać.
Jestem szczęśliwa. Szczęśliwa ze spotkania z Wami wszystkimi moi przyjaciele (na szczęście część Was czekała na mnie). Szczęśliwa, że doświadczyłam to, czego doświadczyłam. Szczęśliwa, że TAK WIELE się nauczyłam podczas tej podróży.
O szczegóły mojej historii pytajcie później, kiedy przepiszę na komputerze moje dzienniki.

Om Shanti
Kategoria: 2008-04
Autor: Monika
Himachal Pradesh
Dawno nie pisałam. No więc tak: z Rishikesh pojechałam do Manali, centrum turystyki w Himalajach. Po drodze zatrzymałam się w Shimla (2200 m), które okazało się być uroczym miasteczkiem z eleganckimi hinduskimi turystami, zwłaszcza młodymi parami, spacerującymi po promenadzie na szczycie wzgórza. Tam spotkałam wyjątkowego człowieka: Hindusa, który czytał aurę, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Po spotkaniu z nim nie spałam całą noc, po czym wyjechałam do Manali.
Zatrzymałam się w sąsiedniej wiosce - Vashist. Jeszcze przed sezonem, wioska okazała się spokojnym uroczym miejscem w otoczeniu ośnieżonych szczytów, gdzie naturalne gorące źródła wykorzystywano jako publiczne łaźnie, miejsce do prania i mycia naczyń. Całe północne Indie mają zupełnie inny charakter od miejsc dotąd odwiedzonych. Wielu Tybetańczyków i ludzi pochodzenia tybetańskiego, niewielu żebraków, czyściej, ludzie wydają się być uczciwi, przyjaźnie nastawieni w stosunku do cudzoziemców i pełni spokoju. Jadąc z Manali zatrzymałam się w dolinie Parvati: malownicza dolina w Himalajach, spektakularne spacery. Wróciłam do Shimla i ponownie spotkałam Gajender, mężczyznę czytającego aury, miał dać mi wskazówki, jak być szczęśliwym.

Obecnie jestem w Dharamsala – miejscu zamieszkania Jego Świętobliwości Dalaj Lama.
Za 8 dni lecę z powrotem do Europy i będzie to chyba mój ostatni wpis w blogu. Resztę opowiem Wam chyba osobiście. Teraz, kiedy pomyślę o początkach mojego pobytu w Indiach widzę, jak bardzo zmieniła się moja percepcja tego kraju. Teraz powiem, że może pewnego dnia tu wrócę. Jedno jest pewne: chociaż był to najtrudniejszy kraj do podróżowania, to właśnie tutaj najwięcej się nauczyłam i najwięcej doświadczyłam.

Dziękuję Wam moi przyjaciele za śledzenie mojego bloga. Świadomość, że śledzicie moje losy i myślami jesteście ze mną dała mi wiele radości. Do zobaczenia wkrótce.

383 383 383
Kategoria: 2008-03
Autor: Monika
Rishikesh
Rishikesh jest nawet nie hinduską, ale chyba światową stolicą jogi. Stał się słynny dzięki Beatlesom i innym sławnym ludziom, którzy w latach 60. Przebywali tutaj ucząc się jogi od hinduskich joginów. Jest to jedyne w swoim rodzaju miejsce: spokojne i ciche (jak na hinduskie standardy oczywiście), usytuowane u podnóży Himalajów na rzece Ganges. Ogromne skupisko ashramów, niektóre z nich sięgają historią lat 60., choć mało które są tak surowe jak mój ashram w Kerala. Wszędzie znajdziecie kursy jogi, reiki, wszelkie rodzaje uzdrawiania, ayurwedyczne apteki i ayurwedyczna żywność. Zalane przez uduchowionych i pseudo/mega/przesadzonych uduchowionych mieszkańców zachodu. Dookoła płynie muzyka z mantrami: Hari Rama i Om Namashivaya na okrągło. Wyjątkowe miejsce.
Wygląda też jak stolica sadhu – bezdomnych hindusów wędrujących w poszukiwaniu duchowego oświecenia i realizacji - znaczy to, że pełno ich przy drodze wzdłuż rzeki, a że Rishikesh jest tak pokojowym miejscem, mogą sobie tutaj pędzić spokojne życie. Są inteligentni, kiedy ich mijasz pozdrawiają cię "hare om" – rodzaj błogosławieństwa – co wprawia cię w nieco kłopotliwą sytuację, bo nie wiadomo, czy należy dać im pieniądze, czy ignorować. A skoro siedzą jeden obok drugiego, to któremu dać pieniądze? Wszystkim 50? To są dylematy, przed jakimi nieustannie stajesz w Indiach.

Znów się przeziębiłam i właściwie nie mogę się doczekam spotkania z przyjaciółmi w domu.

383
Kategoria: 2008-03
Autor: Monika
Święte miasto Waranasi
Waranasi jest bardzo szczególnym miejscem. Jest to święte miasto, bo Ganges jest świętą rzeką i, choć ekstremalnie brudna, tysiące ludzi przybywają tu specjalnie, żeby się w niej wykąpać. Jest to też według hinduskich wierzeń najlepsze miejsce, żeby zostać skremowanym. Można wybrać się na przejażdżkę łodzią po Gangesie i zobaczyć ogniska, w których paleni są ludzie. Na brzegach rzeki włóczą się bramini, czyli „święci" mężczyźni, odbywają się specjalne ceremonie Aarati, ceremonia oczyszczania ogniem – niezapomniane przedstawienie. Oglądanie Gangesu, czy to o wschodzie czy zachodzie słońca jest wyjątkowym i niezapomnianym doświadczeniem.

376 376 376
Kategoria: 2008-02
Autor: Monika
Opuszczając ashram
Opuściłam ashram i możecie pomyśleć teraz, że oszalałam, ale... po miesiącu spędzonym w ashramie czuję się niesamowicie bezgranicznie szczęśliwa. Pierwszy tydzień od momentu wyjścia z ashramu czułam, jakbym latała nad ziemią, nie chodziła – latała. Możecie się teraz śmiać, że stanę się jedną z tych mega uduchowionych i przejaskrawionych dziwaczek, ale czuję, że joga jest moją drogą i myślę o kursie nauczyciela jogi, kiedyś w przyszłości. Już tęsknię za moim ashramem.
Kategoria: 2008-02
Autor: Monika
Ashram – c.d.
Życie jest zaskakujące: budzę się o 5.30 i... właściwe poranne medytacje i oglądanie wschodzącego słońca i odgłosy budzącej się przyrody sprawiają mi przyjemność. Joga, którą praktykowałam już wcześniej w Londynie, jest wspaniałym doświadczeniem, ale po 4 godzinach ćwiczeń dziennie czasem boli cię całe ciało. W dni wolne (raz w tygodniu) jedziemy grupami do nadmorskiego miasteczka i delektujemy się europejskim jedzeniem. Można napić się kawy lub piwa!
Ale odkryłam, że ashram jest jak schronienie. Schronienie od hałasów i nachalności zewnętrznego świata. Sprzedawcy na plaży są tak natrętni i wkurzający. I byłam... szczęśliwa wracając do tego wolnego od natręctwa miejsca, do ciszy i śpiewu ptaków. Poznałam tu wspaniałych ludzi, m.in. parę Polaków i parę Polaka z Węgierką i radość sprawia mi zatrzymanie się po 10 miesiącach tułaczki i ciągłym zmienianiu autobusów i łóżek.
Kategoria: 2008-02
Autor: Monika
Witamy w ashramie
Po objechaniu Rajastanu wróciłyśmy z Caroliną do Delhi. Pożegnałyśmy się z nadzieją, że jeszcze się spotkamy gdzieś w drodze i wsiadłam w samolot do Kerali, stan najbardziej na południu Indii.
Jestem w ashramie jogi sivananda. Pierwsze dni są trudne – przystosować się do nowej rutyny:
6.00 - satsang: medytacje śpiewy i sprawy organizacyjne
8.00 - asanas – czyli ćwiczenie jogi przez 2 godziny
10.00 – posiłek – oczywiście hinduski i wegański
14.00 – wykłady
15.30 – asanas – ćwiczenia przed kolejne 2 godziny
18.00 – posiłek
20.00 – satsang z wykładem
22.30 – gaszenie świateł, ale o tej porze wszyscy jesteśmy już wykończeni, więc gaszenie świateł nie stanowi problemu.
Cóż, trzeba być bardzo zdeterminowanym w chęci doświadczenia jogi, żeby tu zostać.
Natomiast plusem tego miejsca jest jego niesamowite położenie – w sercu parku narodowego, pośród palm, a rankiem słyszymy ryczenie lwów! I jest CZYSTO. Chodzimy tu cały czas na boso i jest to sama przyjemność. Najczystsze łazienki, jakie widziałam do tej pory w całych Indiach!

720
Kategoria: 2008-01
Autor: Monika
Rajastan
Wszystko, co mi mówiono okazało się prawdą: Indie to kraj intensywnych kolorów i intensywnych zapachów – te niekoniecznie przyjemne. Krowy są wszędzie. Są święte. Zapachy przypraw, kadzidełek, krów i moczu. Indie to kraj absurdalnych kontrastów. Indie szczycą się tysiącami lat cywilizacji, kultury i historii, wspaniałych pałaców, a jednocześnie mieszkańcy kraju są niesamowicie brudni. Rozumiem, że są biedni, ale dlaczego tu oznacza to całkowity brak higieny?

383 383

Dzieciaki na ulicy wołają "1 rupee, czekolada, długopis!" i przypuszczam, że nie rozumieją, że to jest żebranie. Już mnie to nawet nie wkurza. Jest to smutne. Kto je tego nauczył? Głupi turyści...
Drugiego dnia pobytu w Delhi w moim hostelu poznałam dziewczynę z Argentyny, Carolinę. Miała dokładnie takie plany jak ja: 3 tygodnie na zwiedzenie Rajastanu. Postanowiłyśmy podróżować razem i okazało się, że jest to doskonałe rozwiązanie dla nas obu! Bardzo się cieszę, że ją poznałam. Doskonale się dogadujemy i przyjemnie jest podróżować razem z drugą dziewczyną. (Choć niebezpieczne, bo nawzajem prowokujemy się do zakupów i na koniec będę musiała sprawić sobie dodatkową walizkę!).
Wystarczy, że na chwilę się rozdzielimy i od razu widzę, że tu w Indiach podróżowanie jako samotna kobieta jest cholernie trudne.
Wybrałyśmy się na safari na wielbłądach przez pustynię. Wieczorem mieliśmy kolację przy ognisku z opowieściami i spaliśmy pod gwiazdami w niesamowitej ciszy pustyni i to było wspaniałe. Ale jazda na wielbłądzie jest zabawna przez jedna godzinę. Nie więcej. Później staje się to na prawdę nudne.

640 640 640

640 640 640

Ciekawym epizodem było też, że zostałyśmy zaproszone na przyjęcie miejscowej hinduskiej rodziny. Zgarnęli nas praktycznie z ulicy – było przesympatycznie!
Kategoria: 2008-01
Autor: Monika
Przybycie do Indii
W Singapore miałam spędzić 5 dni i myślałam, że to dużo. Tymczasem choroba, z którą walczyłam od 2 tygodni w końcu rozłożyła mnie, poszłam do lekarza i w sumie 3 dni przespałam z gorączką, tak więc ledwo zdążyłam zobaczyć centrum Singapore.

Dziś o 3 rano przybyłam do... długo oczekiwanego i budzącego grozę, po wszystkich usłyszanych historiach – DELHI.
I nic mi się nie przytrafiło. O 4.30 byłam zameldowana w hotelu i w łóżku. Zatrzymałam się w dzielnicy podróżników. Kiedy przechodzę się główną ulicą tej dzielnicy, która jest długa, wąska i niewiarygodnie zatłoczona hindusi pozdrawiają mnie i próbują mnie zagadywać. Ups! No to nie będzie łatwo. Muszę zaprzyjaźnić się z jakimś podróżnikiem rodzaju męskiego, w przeciwnym razie przejście 500 m będzie zajmowało mi 1 godzinę, ponieważ z powodu mojego przyjaznego nastawienia ostatecznie daję się wciągać w gadki z niektórymi Hindusami (oczywiście mam już mnóstwo ofert prywatnych wycieczek z artystą robiącym biżuterię). Zobaczymy, co będzie następne. Ale i tak jest spoko. Przynajmniej ja próbuję być spokojna.

640 640 640

Kategoria: 2008-01
Autor: Monika
Szczęśliwego Nowego Roku!
O rany, ale dawno nie pisałam! Przepraszam was. Zapomniałam o cywilizacji zatopiona w rajskim pięknie tajskich wysp
Wspaniale było wrócić do Bangkoku z Wietnamu. Zwariowana Ko San Road. Nawet, jeśli to tylko getto podróżników. Stamtąd wskoczyłam na nocny autobus na południowe wyspy. Odjeżdżało kilka autobusów pełnych młodzieży i każdy mówił tylko o jednym wydarzeniu: Full Moon Party, mającym odbyć się w dzień wigilii.

Na Ko Tao, słynnej wyspie nurków, przepięknej, wyciętej z pocztówek, zasypanej szkołami i kurami dla płetwonurków, a dla tych mniej odważnych wspaniałymi możliwościami na nurkowanie z maską, oddałam się relaksowi po tłoku i nerwach w Ha Noi.

Następnie przeniosłam się na Ko Pahangan, dokładnie w dzień Full Moon Party w bardzo kiepskim stanie. Dzięki klimatyzacji w samolocie i upałom w Bangkoku rozchorowałam się. Cholera! Akurat na wyczekane FMP. Cholera jasna! Ale nic, pozbierałam się do kupy i na imprezę i tak poszłam z resztą znajomych (a tak, bo na Ko Phangan czekali na mnie Nev i Deb, para Anglików z którą spotykaliśmy się i podróżowaliśmy razem przez Kambodżę, a oprócz tego przyjechali ich przyjaciele z Anglii specjalnie na tę imprezę). Impreza była ABSOLUTNYM SZALEŃSTWEM! Impreza na plaży na samego rana, kilka scen z muzyką klubową i wiaderka z alkoholem wszędzie i tysiące ludzi wędrujących w te i wewte. Trudno było zrozumieć, co się właściwie dzieje! A jednak oczekiwałam więcej i musze powiedzieć: Paolo, to FMP chowało się w porównaniu z imprezami transowymi w Brixton Academy, na które mnie zabrałeś. Chociaż widok tłumu tańczącego na plaży przy wschodzie słońca był imponujący.

Następnie długa podróż na przeciwne wybrzeże, na wyspę Ko Lanta. Długie, piaszczyste plaże i bary reggae. W barze sąsiadującym z moimi bungalowami właściciel, Taj, przedstawił mnie 2 wielkim muskularnym Norwegom i kilku sympatycznym Anglikom. Nie spodziewałam się wiele po wielkich muskułach, tymczasem Norwegowie oprócz wielkich muskułów mieli wielkie serca. Razem celebrowaliśmy Nowy Rok. Zaczęliśmy na plaży przy zachodzie słońca i po mieszance wszystkiego, co możecie sobie wyobrazić odjechałam – zdążyłam przywitać Nowy Rok. I na tym skończyłam imprezę
A więc Szczęśliwego Nowego Roku dla Was wszystkich!

W tej chwili jestem w Singapurze. Fajnie wrócić do cywilizacji. Po 2 tygodniach w prościutkich bungalowach, podniebny pociąg i metro z angielskimi napisami. Niesamowicie tu czysto. Jestem w drodze do Indii, o których każdy mówi, że to będzie prawdziwy hardcore...